O NAS

START
Strona główna
Co nowego
Ważne daty
Komunikaty
Statut Klubu
Rada Nadzorcza

KONTAKT

Napisz do nas
Księga gosci

LISTA KLUBOWICZÓW

Zapisz się
Lista Klubowiczów
Zgłoszenia odrzucone-01.2017
Zgłoszenia odrzucone-02.2017
Zgłoszenia odrzucone-03.2017
Zgłoszenia odrzucone-04.2017
Zgłoszenia odrzucone-05.2017
Zgłoszenia odrzucone-06.2017
Zgłoszenia odrzucone-07.2017
Zgłoszenia odrzucone-08.2017
Zgłoszenia odrzucone-09.2017
Zgłoszenia odrzucone-10.2017
Zgłoszenia odrzucone-11.2017
Zgłoszenia odrzucone-12.2017

PIOSENKI REZERWY

Piosenki rezerwy

O WOJSKU

Polecamy serial
Sondaż
Z czym do NATO
O Kawalerii raz jeszcze
Misje wojskowe
Na papierze
Kryptonim JW
Historia SPR-ów
Linki wojskowe
Jak przeżyć armię

Skąd się biorą trepy?

Wstęp

Materiały Rezerwistów

Wstęp
- Janusz Kłosowski
- Robert Hes
- Tadeusz Pochopień
- Mirosław Rus
- Andrzej Iwankiewicz
- Ireneusz Mitko
- Dariusz Kiełbowicz
- Filip Tyszka
- Marek Kamiński
- Krzysztof Chmielewski
- Piotr Wentlandt
- Adam Trębacz
- Wojciech Wnęk
- Karol Daniec
- Ryszard Jastrzębski
- Andrzej Czeczot
- Ryszard Jastrzębski

i nie tylko Rezerwistów

Mieczysław
Stanisław Kaczmarczyk
DOCENT
Vladislav Lojek

Fotogalerie

WSO Wrocław
więcej >>>

Napisali o nas

My koledzy z wojska

Ze strony MON-u

-

Statystyka

 

 

 

Copyright 1999-2017 by
Rezerwa
Wszelkie prawa zastrzeżone
ISO 8859-2
Aktualizowane: 02.01.2017 r.

Wojciech Wnęk

 
Kurs Szkolenia Rezerw
Centrum Szkolenia Artylerii i Uzbrojenia - Toruń
(dawna WSO)
(2004.08.16 - 2004.09.24)

Byłem pierwszym albo drugim "kociaczkiem", który rankiem 16 sierpnia 2004 roku przekroczył bramy Centrum Szkolenia Artylerii i Uzbrojenia w Toruniu. Jako że na miejsce przyjechałem autokarem o godzinie 5.30 rano, a do 10 (czyli godziny, którą miałem wyznaczoną na karcie powołania) było jeszcze sporo czasu, postanowiłem zwiedzić miasto. Zwiedzanie upewniło mnie, że trafiłem nieźle - przynajmniej na przepustkach się nie będę nudził - stwierdziłem w duchu.

Wreszcie nadeszła godzina zero - jak już mówiłem - jako jeden z pierwszych wgramoliłem się z wszystkimi tobołami na Biuro Przepustek, oddałem Kartę Powołania, pokazałem książeczkę wojskową, po czym odprowadzono mnie do Kantyny, gdzie w towarzystwie jeszcze jednego nieszczęśnika czekaliśmy na dalsze wytyczne. Przy okazji po raz pierwszy zetknęliśmy się z prawdziwymi żołnierzami na terenie jednostki. Byli nastawieni dość sympatycznie, wypytywali nas, skąd jesteśmy, jak długo tu będziemy ... My, mimo ich luzu, odpowiadaliśmy dość zdawkowo, nie chcąc przerywać im oglądania telewizji. Wreszcie przyszedł dyżurny z Biura Przepustek i zaprowadził nas na stołówkę, gdzie zjedliśmy we dwóch solidne śniadanie. Potem po wszystkich niezbędnych zabiegach wcieleniowych typu: strzyżenie, badanie (umowne), pobranie BGSów, "kąpiel", pobranie munduru (pani z NFZu u nas nie było), udaliśmy się w miejsce zakwaterowania.

Nasz budynek był trzypiętrowym gmachem, położonym przy samej ulicy, a zatem mieliśmy bezpośredni kontakt ze światem żywych ludzi, a to ważne szczególnie dla żołnierzy na unitarce, którzy w sobotę wieczór, pozbawieni możliwości wyjścia, muszą zadowolić się "obserwacją wzrokową" miejscowych panien udających się do miasta na imprezy okolicznościowe. Po zamieszaniu z pobraniem wyposażenia w postaci:
- plecak,
- pałatka,
- pościel,
- piżama,
- dwa koce,
- przybory toaletowe (których poza mydelniczkami nie używałem),
- przybory do czyszczenia butów,
- niezbędnik i kubek,
- manierka plus menażka,
- maska PG. model MP4,
- szelki do oporządzenia,
- łopatka piechoty (mylnie nazywana saperką),
- OP1 - czyli sławetna prezerwatywa podobno przeciwchemiczna

rozdzielono nas do izb żołnierskich. Te były całkiem miłe i odbiegały od powszechnych wyobrażeń o 10 osobowych celach niczym w panamskim wiezieniu. Nie było najmniejszych problemów z wniesieniem telefonu komórkowego, aparatu fotograficznego i innych sprzętów TV (oczywiście zajmujących rozsądną powierzchnię). Niektórzy jednak później nieco żałowali tego, że cokolwiek ze sobą przywieźli. Szef KSR powiedział: oficjalnie komórek nie wolno na terenie jednostki używać, nieoficjalnie nikt was nie będzie z tego powodu ganiał, bo my sami mamy komórki. Sprawiedliwy człowiek z niego był - trzeba mu to oddać.

Kadra była z grubsza rzecz biorąc, w porządku, to znaczy większość była bardzo przyjaźnie nastawiona, pojedyncze i bardzo sporadyczne przypadki strepienia to i tak betka w porównaniu z tym, co musiały znosić zetole. Później kadra "trepiła" trochę na pokaz, co oznacza, że oni wiedzieli, że my wiemy, że to nie na poważnie. Niemniej sierżanta R.K. wspominam raczej niemiło - służbista niestety z niego był pełną gębą. Wprawdzie widać było, że kocha wojsko, ale skoro narażał się na docinki typu: "współczuje jego żonie - o ile ją ma", to widać było, że w swoich obserwacjach nie byłem odosobniony. Jeśli kiedykolwiek traficie do KSR w Toruniu i przypadkiem będzie ta sama kadra (co jest jednak mało prawdopodobne), to polecam służbę u sierz. A.W. i sierz. M.K. Z każdym problemem można się zwrócić do sierz. M.R i jeśli za kilka lat na pytanie o budowę haubicy 2s1 będę cokolwiek umiał odpowiedzieć, to pewnie głównie dzięki niemu - znakomity fachowiec, miał to ustrojstwo w jednym palcu.

Dowódcy grup byli całkiem "spoko". Nie latali po pokojach z inspekcjami, nie kazali ustawiać równolegle szczoteczek w kubkach - może dlatego, że mieli inne problemy na głowie. Jedynie sierżanci RK i MK robli dymy na kompanii, a apele porządkowe były ich prawdziwym żywiołem. Problem w tym, że kiedy jeden nas już "ustawił", przychodził na służbę drugi, który mówił np. "sznurówki maja być związane ze sobą i włożone do buta" (o metodzie przechowywania opinaczy w nocy), podczas gdy ten pierwszy powiedział, że sznurówki mają być wkładane do butów osobno - i weź tu się połap. Podobne różnice zdań panowie mieli w kwestii trzymania w szafach cywilnych ubrań - oni mieli problemy, a my dostawaliśmy po dupie :).

BGS - kawałek drelichu nazywany dumnie spodenkami sportowymi był towarem jednorazowego użytku - poza nielicznymi wyjątkami co bardziej nawiedzonych podchorążych wszyscy nosili je tylko na zaprawę i to w temp. powyżej 5 stopni, bo wtedy już nie można było ubrać dresu. Po zaprawie każdy normalny człowiek je zmieniał na swoje własne gacie. BGSy wymienialiśmy codziennie przy kąpieli, która z początku była obowiązkowa, a potem i tak chodził, kto chciał.

Przepustki były naszym towarem powszednim. Po przysiędze, którą mieliśmy po 12 dniach, dostaliśmy PJ-ke, do poniedziałku do godz. 6 rano. W środę po powrocie otrzymaliśmy już stałki - niestety tylko od 17.30 do 21, lepsze to niż nic. Na pocieszenie dodam, że w soboty dostawaliśmy przepustki od 18 do 6 rano i tu rzeczywiście można było już zaszaleć (zwłaszcza w Kredensie i Bece). Pierwszą atrakcją po powrocie z PJ-ki, był wieczorny wyjazd na poligon w przemiłym towarzystwie chmar komarów, które niemiłosiernie nas cięły, wzbudzając zniecierpliwienie nawet wśród kadry. Dodatkowo pobyt tamże umilał nam deszcz i piach. Nasze akmsy wyglądały po tej wycieczce nie lepiej niż my, a rano oczywiście musieliśmy je w nagrodę wyczyścić. Niestety czyszczenie broni to niezmiernie nudna i żmudna czynność, która wedle kadry jest konieczna do zrobienia co najmniej 3 razy w tygodniu niezależnie od okoliczności, choćbyśmy z niej w ogóle nie strzelali. Ale to wojskowe dziwactwo jest stosunkowo nieszkodliwe, podobnie jak sprzątanie rejonów wewnętrznych. Zewnętrznych zwykle nie robiliśmy, za wyjątkiem drogi przy budynku - raptem 40 metrów asfaltu. Da się to przeżyć.

Po przysiędze w końcu zaczęliśmy szkolenie ogniowe oraz poznaliśmy budowę i eksploatację haubicy samobieżnej 2S1 Goździk (wzór bodajże 77, ale nie dam sobie uciąć niczego ;)) Ów produkt radzieckiej myśli technicznej poznaliśmy dość dokładnie, na tyle dokładnie, że pozwolono nam wsiąść do środka prawdziwego Goździka i wydawać komendy. Z grubsza nauczyliśmy się też celować za pomocą kątomierza, busoli. Niektórzy naprawdę osiągnęli w tym niezła wprawę. Największy polew mieliśmy na zajęciach inż-saperskich, które prowadził gruby kapitan - ponieważ nikt nie pamiętał, jak się nazywa, obwołaliśmy go Porky i naprawdę ksywka ta doskonale oddawała jego wygląd. Gdy staliśmy przed nim w szeregu na zajęciach polowych, musieliśmy się mocno sprężać, by nie przypomnieć sobie jaki ubaw mieliśmy, gdy jego ksywka poszła w eter po raz pierwszy :). Nieźle było tez na zajęciach teoretycznych z kapitanem P., który miał autentycznie pozytywnego jobla na punkcie sprzętu zachodniego. Wszelkie parametry i właściwości francuskich czołgów, niemieckich wyrzutni PPK, czy amerykańskich helikopterów nie pozostawiały dla niego żadnych tajemnic. A propos teorii, generalnie jest jej dużo, ale mało kto z nas się naprawdę uczył, poza niezbędnymi sprawami można było spokojnie odłożyć resztę "wiedzy" w kąt i zalegać na wozie miast marnować swój cenny czas na wpajanie regułek dotyczących sposobu ustawienia 2S1 w SO, albo składu plutonu zabezpieczenia baterii - zieeew. Te jakże interesujące wieści próbował nam wpoić kapitan Pluto (tez ksywka), ale niestety - na szczęście jego wysiłki spełzły na niczym.

Koniec końców okazało się, że mieliśmy za mało ćwiczeń praktycznych na haubicy. Owszem na zajęcia z tzw. działoczynu przeznaczono najwięcej godzin, ale w porównaniu z teorią było to i tak za mało. W rezultacie jak na dowódcę haubicy wiem niezbyt wiele o jej funkcjonowaniu, poza tym, ze jeździ na gąsiennicach, strzela, że ma 5mm pancerz odporny na strzał z kmu, jak zbudowana jest lufa, jaki jest kaliber naboju i metoda kompletacji pocisku, no i może jeszcze umiałbym opisać procedurę sprawdzania karetki doprowadzającej pocisk - prawda, że oszałamiające :) ? Niestety nie nauczono nas dogłębnie "instrukcji czytania" Tabel Strzelniczych - a szkoda, bo wtedy mielibyśmy naprawdę opanowane podstawy. A tak - strzelić strzelę, ale nie wiem czy prawidłowo namierzę cel :)

Amba - czyli złodziejstwo. Kolega przedstawił to w różowych kolorach, niestety u nas incydenty się zdarzały. Najpierw zaczęły ginąć skarpetki z suszarni (używane rzecz jasna), potem sztyfty (tez nie nowe) i dezodoranty. Apogeum szaleństw tegoż zwierzęcia nastąpiło podczas naszej nieobecności w jednostce - czyli w czasie pobytu na 4 dniowym obozie polowym. Po powrocie okazało się, że niektórym poginęły spodnie od munduru, ubrania cywilne, ładowarki do komórek, zegarki, kieszonkowe radia itp. Podobno wezwano żandarmerię wojskowa dla zabezpieczenia śladów, ale o żadnym śledztwie nie słyszałem ...

Obóz był miły, kapitan K. zorganizował go dość nieźle, no może z tym wyjątkiem, że wszyscy unikali jak mogli załatwiania potrzeb fizjologicznych w tzw. toaletach przenośnych. Osławiony Toi Toi, to przy tamtym przybytku doprawdy Hilton Grand. Ale jak się nie ma co się lubi ...

Wreszcie nastąpił oczekiwany koniec - w czwartek 23 września przyznano nam awans na stopień kaprala podchorążego. Z wyjątkiem jednego nieszczęśnika, który 5 tygodni spędził na izbie chorych, zdali wszyscy, nawet ci, którzy nie mieli zielonego pojęcia o tym, co robili tam przez półtora miesiąca - nie zdać było doprawdy dużą sztuką i ta nikomu się nie udała :).

Zgrzyty: po powrocie do jednostki z obozu i stwierdzeniu braków pierwszym posunięciem kadry był apel mundurowy. Rozumiem troskę wojska o własne mienie, ale każdy miał w tym momencie problem z własnym mieniem i nie dbał o to, czy armii zginęła szczoteczka do zębów (dla niewtajemniczonych - apel mundurowy polega na wyniesieniu WSZYSTKIEGO z rejonu kompanii przed budynek, łącznie z siennikiem na którym spaliśmy). W każdym razie był lekki niesmak ...

Sierżant RK był drugim zgrzytem, a raczej jego podejście do nas, kompletnie chybione moim zdaniem i choć miałem z nim drugą służbę, którą wspominam bez jakichś emocji, tak jego niektóre odzywki spowodowały, że wrażenie pozostało po nim nienajlepsze.

A poza tym moi drodzy - same plusy: żarcia dużo i nawet dobrego, ściemniania do woli, nauki mało, proch pachnie wybornie, strzelanie z kałacha to sama przyjemność (i to legalna !), jeszcze wam za wszystko zapłacą żołd, a Toruń to naprawdę piękne miasto, które tylko zaprasza w swoje zakamarki - polecam każdemu.

Wojtek Wnęk

PS. Kasę musicie zabrać ze sobą, bo choć żołd nie jest jakiś głodowo niski, tak warto mieć coś na wszelki wypadek. Aha - na kompanii jest automat do Coli i świetlica :). 

Tekst został zamieszczony za zgodą autora, za co serdecznie dziękujemy.
Aktualizowane: 16 stycznia 2005 r.

Kopiowanie tekstów i zdjęć zamieszczonych na stronach Klubu Rezerwistów Wojska Polskiego w celach komercyjnych, 
w celu publikacji w innych serwisach bądź na innych stronach internetowych 
bez zgody autorów lub władz Klubu jest ZABRONIONE.